Posty bez odpowiedzi | Aktywne tematy Dzisiaj jest śr lis 22, 2017 12:12 pm



Odpowiedz w temacie  [ Posty: 7 ] 
 Klimaty a'la Christie 
Autor Wiadomość
Szajkowiec
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob sie 26, 2006 3:30 pm
Posty: 88
Lokalizacja: Łódź
Post Klimaty a'la Christie
Troszkę straszy tekst z mojego małego dorobku literackiego :) Starsi Froumowicze powinni pamiętać moje poprzednie próby literackie.


”Śmierć hrabiny von Dressen”

Co się dzieje? Jeszcze nie pora wstawać. Kto tak wrzeszczy? Muszę to sprawdzić.
Bardzo niechętnie wyszłam spod cieplutkiej kołdry, przemyłam twarz zimną wodą i założyłam szary strój pokojówki.
Kotary w całym domu byłe jeszcze pozaciągane, a korytarze spowijała ciemność. Rozpoznałam głosy hrabiego i doktora. Oprócz nich wszyscy spali. Uważnie stawiałam stopy na skrzypiących schodach. Zanim doszłam do pokoju hrabiego, usłyszałam słowa doktora Meiricha

- To było morderstwo. Ktoś ją udusił.
Przełknęłam ślinę. Morderstwo w tym domu!? Hrabia Ludenburg tego nie przeżyje. Według niego takie incydenty przestały mieć miejsce po pokonaniu Francuzów w 1871. Muszę tam wejść.
Na łożu w sypialni państwa von Dressen leżała martwa hrabina Margaret. Miała siną twarz i szeroko otwarte oczy, a na jej ustach zamarł krzyk.
W oknie trzymając się za głowę stał hrabia Wolfgang, a na brzegu łóżka siedział doktor Meirich.
Gruby dywan pokryty był błotem. Spojrzałam na nogi hrabiego, miał na sobie swoje domowe półbuty, były czyste. Doktor był bez butów, na koszulę nocną miał narzuconą tweedową marynarkę.
W końcu hrabia odwrócił się i zauważył mnie.

- Na co czekasz?! – krzyknął od razu. – Zadzwoń po inspektora. I idź do starego Ludenburga, żeby mi tu czasem nie dostał apopleksji jak się dowie o śmierci córki, z twoich ust przełknie wszystko. I doprowadź mi się do porządku!
Skierowałam swoje kroki na dół. Słyszałam jeszcze, że hrabia budzi wszystkich gości. Porozsuwałam kotary w salonie. Słońce było jeszcze bardzo nisko, pierwsze leniwe promienie zaczęły wpadać do pokoju przez duże okna. Nad kominkiem wisiał portret hrabiny von Dressen. Patrząc na niego poczułam się nieswojo, jeszcze chwilę temu przyglądałam się jej martwemu ciału…
Hrabina Margaret była piękną kobietą i bardzo dumną. Zawsze podkreślała swoje pokrewieństwo z rodziną cesarską i nie zadawała się z byle kim. Prawie nigdy nie wchodziła do kuchni, przebywanie w towarzystwie służby uważała za niegodne kobiety z jej pozycją.
Jej długie, hiacyntowe loki zawsze były starannie upięte, wąskie usta skrywały perłowe zęby, a duże niebieskie oczy pełne były iskier.
Zawsze była elegancko ubrana. Jej suknie pochodziły od najlepszych krawców. Miała też pełno drogich perfum.
Często krzyczała. Denerwowała się o wszystko. Ostatnio najwięcej wrzasków było o małżeństwo panienki Sofi. Błagała ona matkę, żeby nie kazał jej wychodzić za Heinricha, ale hrabina była nieugięta. Jak zawsze. To ona rządziła w tym domu, wszystkiego decyzje należały do niej, wszystko musiało być po jej myśli.

Dopiero po pół godzinie udało mi się dodzwonić do inspektora Mechlera. Powiedział, że przyjedzie jak najszybciej.
Poszłam z powrotem do siebie. Uczesałam starannie włosy, poprawiłam ubranie i założyłam fartuszek.
Postanowiłam obudzić gospodynię. Kiedy stara Helga usłyszała o śmierci hrabiny, powiedziała, że nie wyjdzie ze swojego pokoju dopóki nie znajdą mordercy. Przez nią Hilda zaczęła panikować, nakryła sobie głowę kołdrą i rozryczała się. Głupia starucha i niewyrośnięta dziewka. Są siebie warte. Teraz cały dom jest na mojej głowie.

Poszłam do hrabiego powiedzieć, że inspektor przyjedzie. Ten zgred nigdy mnie nie lubił. Byłam dla niego zbyt wygadana jak na pokojówkę. Na szczęcie dopóki żyje stary Ludenburg, on nie ma w tym domu nic do gadania. Ojciec Margaret, mimo że prawie nie opuszcza swojej sypialni i gabinetu, trzyma jeszcze wszystko żelazną ręką.
Żona doktora Meiricha wyszła z pokoju i skierowała swoje kroki do pokoju hrabiny. Kiedy tylko zobaczyła, co się stało, natychmiast zbladła. Mąż podał jej ramię.
- On to zrobił… ale on nie miał butów… - zemdlała.

Doktor Meirich zaniósł żonę do sypialni i ułożył ja na łóżku. Ocucił ją, uspokoił, a potem podał jej jakąś tabletkę. Zasnęła. Nikt nie zwracał uwagi na słowa Petry. One jednak musiały coś znaczyć. Buty… buty… Czy cała sprawa morderstwa będzie się kręciła wokół butów?
Baronowa Hinterberg również doznała lekkiego wstrząsu na wiadomość o morderstwie i oznajmiła mi, że nie będzie opuszczać na razie łóżka. Kazała sobie przynieść śniadanie.

Weszłam do pokoju hrabiego Ludenburga.
- No i co Kati? – zapytał. Nie spał już, więc pewnie wiedział, co się stało. – Ten pajac drze się jak zarzynane prosie. Obudził mnie. W moim wieku to niezdrowe wstawać tak wcześnie. Margaret nie żyje, prawda?
- Tak panie hrabio. Została uduszona.
- A ten pajac sieje panikę w całym domu. Od 1871 był tutaj spokój i tak na pozostać. To porządny dom. Teraz droga Kati przyniesiesz mi kawę – już chciałam powiedzieć, że mu nie wolno, ale mnie ubiegł. – Cicho, cicho, dzisiaj wszystko mi wolno, a potem opowiesz mi co się stało.
W wojnie francusko – pruskiej hrabia był dwukrotnie ranny, potem ze zwycięskimi wojskami wkraczał do Paryża, a na koniec został odznaczony przez samego cesarza. Dla niego w ’71 świat stał się rajem na ziemi i tak już miało pozostać.
Ze stoickim spokojem przyjął moją relację na temat porannych wydarzeń, a potem kazał mi iść pilnować inspektora.

Baron Hinterberg, hrabia von Dressen i doktor Meirich razem z dwoma funkcjonariuszami udali się na poszukiwania naszego koniuszego Stefana. Po krótkiej rozmowie z inspektorem doszli bowiem do wniosku, że tylko on mógł wejść w zabłoconych butach do sypialni i że na pewno będzie on miał cos ciekawego do powiedzenia w tej sprawie. Niestety przepadł jak kamień w wodę.
- Czy jest w tym domu ktoś z kim mógłbym porozmawiać? – zapytał inspektor, kiedy wprowadziłam go do salonu.
- Ja jestem – odpowiedziałam, a on obdarzył mnie pogardliwym spojrzeniem. Najwidoczniej służba nie była godna nawet jego słów. Już ja mu pokażę.
- Czyli kto? – zapytał bardzo nieuprzejmie.
- Kati Gross, pokojówka.
- To przynieś mi herbaty jak już jesteś.

Kiedy pojawiłam się znowu w salonie inspektor z ogromną niechęcią postanowił mnie przesłuchać, uznał to jednak raczej za wstęp do rozmowy z domownikami, niż za sposób pozyskania istotnych informacji. Do takowych bowiem na pewno nie należał opis domowników.
Aktualnie oprócz państwa von Dressen, ich córki Sofi i hrabiego Ludenburga, przebywał tutaj kuzyn pana Wolfganga, doktor Reinhard Meirich z żoną Petrą, baron Georg Hinterberg z żoną i synem oraz pięć osób służby, dwie pokojówki, gospodyni, zarządca i koniuszy.
- Pojutrze miały się odbyć uroczyste zaręczyny syna barona Hinterberga z panienką Sofią – odpowiedziałam na następne pytanie. – Goście mieli przybyć dopiero jutro.
- Taak… Więc cały dom jest teraz na głowie jednaj pokojówki – mówił sam do siebie, przechadzając się po pokoju i spoglądając na obrazy. – Zaręczyny zapewne zostaną odłożone i ktoś na pewno na tym straci. Kto dziedziczy po hrabinie? – zapytał, jednak szybko się rozmyślił. – Zresztą, co ty możesz wiedzieć na takie tematy.
- Całkiem sporo – rzuciłam z błyskiem satysfakcji w oku. – Wszystko przypada panience Sofi, pan hrabia nic na tym nie zyskuje.
- Proszę, proszę nie dość, że pyskata, to jeszcze wścibska. Idź już.

Z przyjemnością opuściłam pana inspektora i udałam się do kuchni. Udało mi się wreszcie zjeść śniadanie. Niestety próby przekonania Helgi, że jednak powinna wyjść ze swojego pokoju i zająć się gotowaniem obiadu zakończyły się niczym. Musiałam się za to zabrać sama.
Udało mi się pozapalać we wszystkich piecach, nastawić zupę i gulasz, a nawet pożegnać pana inspektora, który już przesłuchał wszystkich, których mógł. Ciało hrabiny zostało zabrane, oficjalnie potwierdzono śmierć przez uduszenie, a koniuszy stał się głównym podejrzanym. Nie znaleziono go do tej pory.
Kiedy mniej więcej wszystko postawiłam na nogi, mogłam się przez chwilę zastanowić nad tym wszystkim, co się tutaj stało. Usiadłam w salonie z filiżanką herbaty. Hrabia von Dressen pojechał na przejażdżkę konną, żeby się uspokoić po wydarzeniach całego dnia, hrabiny już nie ma, więc nikt nie będzie na mnie wrzeszczał, za to, co robię.

Mordercą musiał być ktoś z domowników i to raczej nie koniuszy. Wbrew przekonaniu całej arystokracji, nawet taki koniuszy nie jest na tyle głupi, żeby się podpisać pod zbrodnią, zostawiając na miejscu morderstwa ślady błota z buciorów. Nie dziwię mu się, że się ukrył.
Poza tym dlaczego w sypialni nie było hrabiego? Czyżby miał z tym wszystkim coś wspólnego? Na śmierci hrabiny nic on nie zyskuje. Nie miał celu w jej zamordowaniu. No chyba oprócz świętego spokoju. Teraz wszyscy będziemy go mieć. Jednak to nie wyjaśnia, gdzie się podziewał o świcie?
Baron Hinterberg i doktor Meirich tym bardziej nie mieli żadnego powodu, żeby chcieć śmierci hrabiny. Bo oczywiście to musiał zrobić mężczyzna. Hrabina była nie tylko piękna, ale tez silna, poza tym… Słowa Petry, ona powiedziała „on”. Ale kto?

Postanowiłam zanieść gościom obiad. Nikt na pewno nie zejdzie do jadalni.
W całym domu panowała cisza. Była jakoś tak strasznie. Zawsze krzątała się tutaj hrabina i robiła dużo krzyku o nic, a teraz nie szczekają nawet psy. Czyżby wszyscy pozasypiali? Morderca cały czas tu jest, może znowu…
Nie mogę myśleć o takich rzeczach, już nikt nie umrze.
Postanowiłam zanieść wszystkim obiad
- Do cholery, Kati, mówiłem, że masz nie gotować żadnego obiadu! Nie jesteś tu kucharką, poza tym dobre wychowanie wymaga, aby w takiej sytuacji goście nic nie jedli. - usłyszałam od hrabiego Ludenburga.
- Ojej! – rzuciłam zirytowana. – Kazał mi pan pilnować, co robią goście. Przecież nie będę ich przez ścianę podsłuchiwać. Najlepszym sposobem było podanie im czegoś do jedzenia.
- Dowiedziałaś się czegoś przynajmniej?
- Całkiem przypadkiem usłyszałam kłótnię baronostwa. Baronowa chce wyjechać stąd jak najszybciej. Mówiła, że nic ich już tutaj nie trzyma, ze teraz nie mają już żadnych zobowiązań.
- Czyli, że zaręczyn nie będzie. Nie chciał ich nikt oprócz Margaret. Sofi się ucieszy, baron także. Je chyba też... – zamyślił się, a ja pozbierałam naczynia z obiadu i wyszłam.

Petra jeszcze spała, ale doktor Meirich powiedział, że mogę ją obudzić. Pomyślałam, że mogłybyśmy porozmawiać o tym, co się wydarzyło. Ona była bardzo miłą i skromną kobietą i kontaktów ze służba nie uznawała za żadną ujmę. Kiedy tutaj przyjeżdżała wolała rozmawiać ze mną, niż z hrabiną. Zresztą każdy wolał unikać hrabiny.
Petra nie odpowiadała, więc potrząsnęłam nią delikatnie. Nadal nie reagowała, więc spróbowałam jeszcze raz. Nic. Starałam się nie myśleć. Spokojnie zawołałam doktora. Poszedł do żony, a mi kazał czekać za drzwiami.
- Nie!!! Dlaczego ona?! – doktor wybiegł z pokoju, był wściekły i zrozpaczony. – Ktokolwiek to zrobił, zapłaci mi za to!
Zobaczyłam ciało Petry leżące na łóżku. Nie mogłam uwierzyć, ze to dzieje się naprawdę. Hrabiny nikt nie będzie żałował, ale doktorowa była aniołem, nie kobietą.
Nie trudno było się domyśleć, że doktor Meirich dzwoni do inspektora. Był zdenerwowany, krzyczał tak, ze było go słychać w całym domu.

Zeszłam do kuchni i próbowałam udawać, że wcale się nie trzęsę, że się nie boję i że nie chce mi się płakać. Dlaczego Petra!? Przypomniały mi się słowa, które wypowiedziała rano. Nie zdążyła nikomu powiedzieć o co chodziło i kogo widziała. Bo ona przecież widziała mordercę! Zabił ją... Człowiek bez butów zamordował Petrę.
Inspektor Mechler już nie był tak pewny siebie jak rano. Nawet na mnie patrzył odrobinę przychylniejszym okiem. Nie trudno się było domyślić, ze wiadomość o zamordowaniu hrabiny rozeszła się już po całej okolicy. Nie codziennie zdarza się taka sensacja. Inspektor musi teraz działać szybko i skutecznie, jeżeli nie chce zaszkodzić swojej karierze.
- Nie opuszczę tego domu, dopóki nie znajdę mordercy – rzucił złowieszczo przekraczając próg kuchni. – Może byś mi tak pomogła?

Popatrzyłam na niego zdziwiona. Czyżby wspaniały pan inspektor nie mógł sobie poradzić z tak prosta sprawą? Zastanówmy się. Materialny zyski z tej śmierci odnosi tylko panienka Sofi. Wynika z tego, że teraz baronostwo powinno za wszelką cenę dążyć do zaręczyn, bo posag panienki urósł do bardzo znacznych rozmiarów, więc pośrednio oni też mogliby odnieść z tego korzyść.
Dlaczego jest inaczej? Baronowa chce stąd jak najszybciej wyjechać i ani myśli, żeby doprowadzić zaręczyny do skutku. Dla mnie jest to co najmniej nie zrozumiałe.
Hrabia von Dressen materialnych korzyści nie odnosi żadnych. Co najwyżej psychiczne. Może się zakochał i chce się drugi raz ożenić? To mogłoby ewentualnie posłużyć za motyw.
Kto jeszcze... Nikt. Nikt na tym wszystkim nie zyskuje! To morderstwo było pozbawione sensu!

Jak już inspektor się zrobił tak miły, to powiedziałam mu wszystko, co wiedziałam i czego się domyślałam. W zamian i to tylko przez przypadek dowiedziałam się, że ktoś podał Petrze śmiertelną dawkę środka uspokajającego. Tym kimś miał być najprawdopodobniej doktor Meirich.
Moje zapewnienia o ich miłości nie pomogły. Inspektor nie dał się przekonać. Był pewien, że znalazł mordercę. Nie mogłam nic poradzić. Jedyną nadzieję był fakt, ze potrzebował on jeszcze niezbitych dowodów i to powstrzymywało go przed działaniem.
Hrabia von Dressen pozwolił mu robić wszystko, co tylko będzie uważał za stosowne, więc teraz inspektor krzątał się po całym dworze, zaglądał we wszystkie kąty i pytał wszystkich o wszystko nie zważając na dworską etykietę.

Nikt z obecnych w tym domu nie ryzykowałby własnej pozycji z błahych powodów. Doktor Meirich jest znanym w całej Europie specjalistą od chorób serca, baron Hintenberg jest bliskim współpracownikiem cesarza, hrabia von Dressen... on nie ma nic oprócz pozycji i nazwiska.
Śmierć Petry jednoznacznie kieruje winę na doktora, ale to wszystko jest zbyt logiczne i zbyt oczywiste, żeby mogło być prawdą. Gdyby widziała swojego męża mordującego hrabinę… Nie no, to jest zupełnie bez sensu. Ona nie mogła widzieć doktora, to raz, a dwa, on by jej nigdy nie zabił. Kochał ją. Byli jednym z niewielu małżeństw, które zostało zawarte nie dla posagu, ale ze względu na uczucie. Ktoś kto to zepsuł, gorzko za to zapłaci.

Moje rozmyślanie zostały przerwane przy jednego z ludzi inspektora. Młody, umundurowany chłopak nieśmiało wszedł do kuchni.
- Przepraszam bardzo, czy mógłbym prosić o szklankę wody?
- Słucham?
- No, wody... Inspektor Mechler nie pozwala nam opuścić tego miejsca. Nie wiem jak długo będziemy musieli tutaj jeszcze siedzieć.
- A może być herbata? – zapytałam uśmiechając się przyjaźnie.
Ciekawe czy przysłał go inspektor, żeby się jeszcze czegoś dowiedział, czy rzeczywiście jest po prostu spragniony. Zresztą ja już powiedziałam, wszystko, co wiedziałam.
Może tym razem to ja się czegoś dowiem. On wygląda na miłego człowieka, jest wyraźnie zmęczony i chyba nie będzie miał oporów przed wyjawieniem kilku szczegółów. Może, żeby go jeszcze bardziej do tego zachęcić to dam mu obiad?

Martin wyraźnie nie chciał sprawiać żadnych kłopotów, ale co mi tam. Dzięki temu z czystej wdzięczności powiedział, że inspektor jest przekonany o winie doktora, bo tylko on miał dostęp do swojej torby lekarskiej i mógł bez żadnych podejrzeń podać Petrze zbyt dużą dawkę leku, zwłaszcza po tym, jak rano zasłabła. Teraz szukał tylko niezbitego dowodu, ale jeszcze dokładnie nie wiedział jakiego.
Niby mogło to być prawdą, ale ja w to nie wierzyłam. W końcu w przeciwieństwie do inspektora znałam tych ludzi i co nieco o nich wiedziałam.
Ciekawe co się dzieje ze Stefanem. Pewnie, kiedy zauważył całe to zamieszanie i policję, to się gdzieś ukrył. Wynika z tego, ze musiał być w pokoju hrabiny i to jego ślady było widać na dywanie. Tylko czego on tam chciał? Raczej niemożliwe jest, żeby ktoś mu zapłacił za zabicie hrabiny. Nigdy by się na to nie zgodził.
Coś się widocznie stało z końmi. Hrabi von Dressen sprowadził dla siebie najlepsze konie w całej Europie. To jego pasja. Mógłby z nimi spędzać całe dnie.
Dlaczego tak trudno jest się czegokolwiek dowiedzieć?!

- Panie inspektorze! – czyjś podniesiony głos dotarł z holu.
Martin poderwał się na równe nogi i wybiegł jak poparzony. Poszłam za nim. W salonie stał policjant trzymający skutego i wyraźnie niezadowolonego Michaela.
- Znasz go? – zapytał inspektor.
Oczywiście, że go znam. To pierwsza, wielka i prawdziwa miłość Sofi, która dzięki interwencji hrabiny została zakończona tragicznie i natychmiastowo. Nie przeszkodziło to jednak panience spotykać się nadal ze swoim ukochanym, w czym ja jej odrobinę pomagałam...
- To panicz von Richthofen.
- Przeszukiwaliśmy park i okoliczny las. Ukrywał się tam, a kiedy nas zobaczył zaczął uciekać – wyjaśnił funkcjonariusz.

Michael chyba nie miał ochoty na spotkanie z policją i nie trudno było się domyślić, że wywiązała się mała bójka. Dlaczego on ukrywał się w lesie i dlaczego był ubrany jak wieśniak!? Sofi będzie się musiał gęsto z tego tłumaczyć.
Śmierć matki na pewno nie była dla niej tragedią, ale pewnie też się z niej nie cieszyła. Nie wiedziała jeszcze, ze baronostwo zrezygnowali z zaręczyn. Teraz była przybita i zrezygnowana. Zauważyłam, ze płakała, ale to chyba przez te wszystkie wydarzenia ostatnich dni razem wzięte. Bardzo bolała ją to, ze nie może sprzeciwić się matce, że musi się podporządkować.

- Panienko, policja złapała panicza Michaela. Chyba powinna panienka z nimi porozmawiać i to wyjaśnić.
- Co takiego!? I przestań z tą panienką, przecież matka już tego nie usłyszy. Jak to złapali?!
- Sofi, on ukrywał się w lesie, inspektor będzie go podejrzewał. O co tutaj chodzi? – zawiesiłam na niej swój wzrok.
- My.. to znaczy ja... chciałam z nim uciec… Ja nie wyjdę za Heinricha! – rozpłakała i ukryła twarz w poduszkach.
- Nie będziesz musiała – powiedziałam bardziej do siebie niż do niej. – Chodź i porozmawiaj z inspektorem, bo Michael ma chyba teraz duże kłopoty.
Pięknie. Problemy zamiast się rozwiązywać, to się rozmnażają. Dlaczego to wszystko się dzieje w jednym czasie?! Śmierć hrabiny, potem Petry, a teraz ucieczka Sofi. To już będzie prawdziwy skandal. Mam nadzieję, ze inspektor nie zrobi z tego użytku.

Ciekawe, jak na to wszystko zareaguje hrabia Ludenburg.
- Przynieś mi koniaku – rzucił, jak tylko skończyłam opowiadać.
- Nie wolno panu.
- Dziewczyno ty nie jesteś od tego, żeby mi mówić, co mi wolno. Nie po to odprawiłem pielęgniarkę. Rób, co ci mówię.
Wzruszyłam ramionami i poszłam po koniak. Akurat w tym czasie przyszedł goniec z poczty i przyniósł list dla barona.
- Pokaż mi, co tam masz? – powiedział wskazując na kopertę.
- Ależ, panie hrabio... – zaczęłam zmieszana, to wszystko trochę mnie już przerosło.
- Kati, mogę robić, co mi się podoba, jestem panem tego domu, dzisiaj ktoś zamordował moją córkę i mojego gościa, a moja wnuczka chciała popełnić największa głupotę w swoim życiu! To chyba wystarczy, żeby mnie usprawiedliwić.

Bez słowa podałam mu list.
- Posen... ciekawe jakie interesy załatwia tam baron Hinterberg... Otwórz to i przynieś mi, tylko delikatnie.
Niestety ja nic z tego listu nie zrozumiałam. Musił on dotyczyć jakiś bardzo istotnych spraw, skoro ktoś zadał sobie trud zaszyfrowania go. Całą ta sytuacja zdecydowanie mnie już przerosła.
- Zanieś to baronowi. Poproś do mnie Sofi, muszę się z nią rozmówić, a potem inspektora. Biegiem Kati, biegiem!
Tak to wszystko biegiem załatwiłam, że po godzinie Baron został odwieziony policyjną karetką do aresztu. Nie miałam pojęcia dlaczego tak się stało. Czyżby ten list wyjaśniał wszystko!?
W tym czasie policja odnalazła wreszcie Stefana. Ukrywał się u jednej kobiety we wsi. Okazało się, że ktoś o świcie wypuścił wszystkie konie ze stajni i on nie mógł sobie sam z tym poradzić, poza tym jedna klacz zapędziła się w nieużytki i skaleczyła sobie bok. Było wszystkim wiadomo, że gdyby tylko coś się działo złego w stajni hrabia ma być obudzony nawet o północy. Stefan zrobił, co do niego należało, ale potem przyjechała policja i wolał to bezpiecznie przeczekać.

Te informacje dostarczone mi przez Martina to było jednak nic w porównaniu z tym, ze baron został oskarżony o podwójne morderstwo. Po przeczytaniu tego nieszczęsnego listu hrabia Ludenburg doszedł do wniosku, ze baron współpracował z poznańską inteligencją planującą powstanie. Był pewien, że hrabina Margaret wiedziała o działalności barona i go tym szantażowała. Inaczej nie byłby nawet mowy o zaręczynach oraz zamku nad Unstrutą, ziemi i klejnotach, które miały przypaść młodej parze. Posag Sofi w porównaniu z tym, co miał wnieść do małżeństwa Heinrich był prawie niczym. Baronostwo nie mając naprawdę solidnego powodu nie zgodziliby się na taki ożenek.
Inspektor nie mając dowodów musiał doprowadzić do tego, żeby baron sam się przyznał do winy. Powiedział mu, że w Poznaniu odkryto spisek, który miał na celu doprowadzenie do powstania. Aresztowani przywódcy wyjawili udział Georga Hinterberga. Baron uwierzył, ale pogrążył go jego własny syn. Heinrich nie chciał małżeństwa z Sofi i rozumiejąc w końcu, że ojciec go do niego zmuszał, żeby chronić własne interesy, dał upust swojej złości. Wywiązała się między nimi ostra kłótnia i baron pod wpływem złości stracił panowanie nad sobą i przyznał się do morderstwa.

Była późna noc, kiedy cały dom zasnął wreszcie spokojnie. Gęsta ciemność spowiła wszystko i sprawiło, że na domowników spłynęło ukojnie po tym koszmarnym dniu.
Dużo później wyszło na jaw, ze baron miał dość poważne problemy finansowe, a przebywając w Poznaniu natrafił na ślad tajnej organizacji, która broniąc się przed ujawnieniem i represjami pozyskała go do własnych interesów.

_________________
"Słabi śnią nocami, a odważni w dzień"


wt paź 14, 2008 1:38 pm
Wyświetl profil WWW
Szajkowiec

Rejestracja: ndz paź 08, 2006 5:13 pm
Posty: 10649
Lokalizacja: Chrzanów
Post 
Bardzo dobre, spodobało mi się..... Ale dlaczego pokojówka nie została poderwana przez tego od szklanki? Szkoda....


wt paź 14, 2008 3:50 pm
Wyświetl profil
Grupa trzymająca władzę
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob sie 26, 2006 3:42 pm
Posty: 24905
Lokalizacja: Za Wielka Woda
Post 
chaberek, a ty jakiegos kreminalu czasem gdzies nie napisalas?? :)

a ten powyzszy calkiem fajny :)

_________________
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
"zycie jest za krotkie by zyc byle jak..."
* * *
"Love is better than anger. Hope is better than fear. Optimism is better than despair. So let us be loving, hopeful and optimistic. And we’ll change the world."/Jack Layton/


wt paź 14, 2008 4:11 pm
Wyświetl profil WWW
Szajkowiec
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob sie 26, 2006 3:30 pm
Posty: 88
Lokalizacja: Łódź
Post 
chaber pisze:
Ale dlaczego pokojówka nie została poderwana przez tego od szklanki?


Bo to miało byc kilka opowiadań z nimi w rolach głównych. Dajmy sie chorobie rozwinąć :)

_________________
"Słabi śnią nocami, a odważni w dzień"


wt paź 14, 2008 4:28 pm
Wyświetl profil WWW
Szajkowiec

Rejestracja: ndz paź 08, 2006 5:13 pm
Posty: 10649
Lokalizacja: Chrzanów
Post 
A nie dość mieliście tfurczości w Kaciku?


wt paź 14, 2008 7:04 pm
Wyświetl profil
Grupa trzymająca władzę
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob sie 26, 2006 3:42 pm
Posty: 24905
Lokalizacja: Za Wielka Woda
Post 
Cytuj:
A nie dość mieliście tfurczości w Kaciku?

nie! ja chce twojej prozy!! :)

_________________
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
"zycie jest za krotkie by zyc byle jak..."
* * *
"Love is better than anger. Hope is better than fear. Optimism is better than despair. So let us be loving, hopeful and optimistic. And we’ll change the world."/Jack Layton/


wt paź 14, 2008 9:28 pm
Wyświetl profil WWW
Szajkowiec
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob sie 26, 2006 3:30 pm
Posty: 88
Lokalizacja: Łódź
Post 
"Diamentowa zbrodnia"

- Kati! Kati! Gdzie ty się do cholery podziewałaś?! Nie ma z ciebie za grosz pożytku! Coś ty tam znowu czytała?! Szkolona pokojówka się znalazła. W tej chwili pranie zebrać, bo burza się zaczyna! No już! Na co czekasz!
Pranie, pranie... Sama by mogła. Niech ją w oczy nie kole, że się czytać nauczyłam i mądrzejsza od niej jestem. Nie moja wina, że sama ledwie litery składa. Gospodyni wielka się znalazła.
Ciemno, że oko wykol, psy ujadają, co chwila grzmi, a ja muszę się latać za jakimś prześcieradłami. Przemoknę jak nic!

Kto mi na drodze drewno jakieś rzucił?! Cała pranie poszło w błoto. Hilda mnie chyba teraz z miejsca wyrzuci na ten deszcz i każde sobie innej posady szukać. Co za głupie żarty?! Zaraz, to nie drewno... To człowiek...
- Diamenty... Lucy... – wycharczał, a potem jego głowa opadła na rozmokłą ziemię.
To margrabia Hintenhofen. On... on nie żyje! Stałam przez chwilę bezczynnie wpatrując się w bezwładne ciało. Deszcz spływał mi po twarzy, a potem wsiąkał w ubranie. W końcu skierowałam swoje kroki do dworu. Weszłam przez frontowe drzwi i od razu natknęłam się na hrabinę Adelę Hintenhofen. Zmierzyła mnie nieprzyjaznym spojrzeniem. W końcu weszłam tam, gdzie nie powinnam. Zanim jednak zdążyła krzyknąć powiedziałam, że margrabia nie żyje.

- Co takiego?! Zaprowadź mnie tam! No już!
Pospiesznie zarzuciła płaszcz na ramiona i wyszłyśmy na zewnątrz. Spojrzała na ciało, a potem na mnie.
- Mówił coś? – zapytał ostro. – Odpowiadaj! Powiedział coś?!
- Dwa słowa. Diamenty i Lucy – wyjąkałam zaskoczona jej zachowaniem.
Hrabina zachowywała cały czas zimną krew, była bardziej zdenerwowana niż zrozpaczona.
- Nikomu o tym nie mów. Zapomnij, że on to powiedział. Zrozumiałaś?! – pokiwałam głową. – Stary dureń. W końcu się doczekał – mówiła już do siebie. – Policją sama się zajmę – rzuciła jeszcze w moim kierunku.

Przez to wszystko zapomniałam o praniu, które teraz nie nadawało się już do niczego. Pozbierałam ubłocone prześcieradła i skierowałam się do wejścia dla służby.
Od Hildy dostałam reprymendę za wszystkie czas i jeszcze trochę na przód. Kiedy jednak udało mi się w końcu dojść do słowa i powiedzieć o morderstwie margrabiego, to tak jakby przestała się przejmować tym praniem. Opadła na krzesło, które pod jej ciężarem aż się ugięło i zaczęła prosić o zmiłowanie pańskie.

Burza trwała tymczasem w najlepsze. Ciało margrabiego zostało w końcu zabrane. Doktor stwierdził, że śmierć nastąpiła wskutek utraty krwi, po dwóch postrzałach. Wszyscy jednoznacznie stwierdzili, że nie usłyszeliby nawet salwy armatniej, bo co chwila uderzały pioruny.
Inspektor przesłuchiwał mnie w towarzystwie hrabiny, która nie spuszczała ze mnie swojego roziskrzonego wzroku. Musiałam gładko pominąć ostatnie słowa margrabiego, czym i tak nie zasłużyłam sobie nawet na cień jej sympatii.

Przemoknięta i przemarznięta siedziałam przy piecu, popijając gorące mleko. Potem przez pół nocy musiałam doprowadzać do stanu używalności zabłocone pranie, bo kiedy Hilda doszła już do siebie, to stwierdziła, ze mi tego nie przepuści.
Zaczęłam się zastanawiać, co tak bardzo chciała ukryć hrabina. Margrabia był właścicielem kopalni diamentów w afrykańskiej kolonii. Miał tam też swoją rezydencję. To mogłoby wyjaśnić jedno ze słów, ale drugie? Lucy... To imię kobiety. Jednak czy naprawdę chodziło o kobietę?
Poza tym, kto mógłby chcieć jego śmierci? Teraz przebywa tutaj brat margrabiego Hermann, który właśnie wrócił z Afryki. Nadzoruje on tamtejsze interesy. To energiczny i bardzo przystojny czterdziestoośmioletni mężczyzna. Oprócz niego są jeszcze dwa młodzi panicze Hintenhofen, Rudolf i Maximilian, którzy przyjechali dwa dni temu. Obaj uczą się na uniwersytecie w Gottingen. Mieszka tutaj także uboga kuzynka hrabiny Brigitta, a także babka pana margrabiego Thekla ze swoją dama do towarzystwa Hester.

Nagle usłyszałam jakiś huk i rumor. Dochodził gdzieś z góry. Pomyślałam, ze to może złodziej, wiec ostrożnie i po cichu skierowałam swoje kroki w stronę schodów. We dworze panowała nieprzenikniona ciemność. Ledwo odróżniałam kontury ścian i mebli. Schody skrzypiały cicho, a ja wolałam nie oglądać się za siebie.
W końcu dotarłam na drugie piętro. Hałas dochodził z gabinetu margrabiego. Znajdował się on na końcu korytarza. Przez uchylone drzwi sączyło się słabe światło. Nasłuchując, zaczęłam się zastanawiać, co mam zrobić. W pewnej chwili usłyszałam za sobą kroki. Ktoś jeszcze wchodził po schodach. Wystraszyłam się. Jeżeli by mnie tu zobaczył, to mogłoby się źle dla mnie skończyć.

Przeszłam kilka metrów w przeciwną stronę korytarza. Gruby dywan stłumił wszelkie odgłosy. Ukryłam się w ciemności, wpatrując się w wyłaniający z niej kształt, który podążał w stronę gabinetu margrabiego. Kiedy padło na niego światło byłam już pewna, że to pan Hermann. Nie usłyszałam żadnych krzyków, ani innych podejrzanych odgłosów, więc nie mogło chodzić o włamanie.
Podeszłam tak blisko, jak to było tylko możliwe. Udało mi się zauważyć, że to hrabina jest w gabinecie męża i najwyraźniej czegoś szuka. Wszystkie szuflady były powyciągane, ich zawartość bezładnie leżała na podłodze, tak jak wszystkie książki i papiery.
Nie trzeba było tego dokładnie widzieć, żeby wiedzieć, ze jest ona wściekła. Była to kobieta o niezwykłym harcie ducha. Piękna, dumna, rozsądna i inteligentna. Czy to śmierć męża ją tak poruszyła?
- Adi, proszę posłuchaj mnie... – dotarł do mnie urywany szept pana Hermanna.
Nikt, nawet margrabia, nie zwracał się do hrabiny w ten sposób.
- Nie Herman, to ty posłuchaj. On wie. On o wszystkim wie! To dla mnie koniec! Rozumiesz?! Jestem skończona! Taki skandal...
- Zabiorę cię stąd Adi. Wyjedziemy do Afryki. Po śmierci Hansa należy mi się moja część. Poradzimy sobie. Adi...
- Ktoś się dowie. Ja tak nie potrafię! Poza tym one znikły. Szukałam wszędzie. Sejf jest pusty. Zrób coś. Ja tego dłużej nie wytrzymam – hrabina zaczęła szlochać, pan Hermann objął ją i zaczął coś szeptać.

Pomyślałam, że powinnam już iść, bo mogą zaraz wyjść i mnie zauważyć. Poza tym upewniłam się już, ze to nie było włamanie, więc na dobra sprawę nie miałam tutaj nic do roboty. Nagle kichnęłam tak głośno, że echo rozeszło się po całym dworze.
Hrabina natychmiast wybiegła z gabinetu. Przez myśl zdążyło mi przemknąć, że powinnam już szukać nowej posady.
- Co tu robisz!? Co słyszałaś?! – jej słabość momentalnie znikła, była wściekła, ale tez przestraszona.
- Nic – wiedziałam, że nie uwierzy, ale przynajmniej mogła mieć nadzieje, ze w takim razie będę trzymała język za zębami.
- I bardzo dobrze. Wynoś mi się stąd.

Ta noc okropnie się ciągnęła. Nie mogłam zasnąć. Przez cały czas zastanawiałam się nad tym, co się wydarzyło. Czy hrabina ma romans z bratem margrabiego? Ona jest czterdziestoczteroletnią kobietą, a jej mąż był od niej dwanaście lat straszy. W takim wypadku wszystko jest możliwe. Czy jednak był to wystarczający motyw, żeby pozbyć się margrabiego?
Zginęły diamenty. To jest pewne. Pan Hermann wrócił z Afryki trzy tygodnie temu. Część kamieni zawsze przywozi ze sobą. Ich miejsce jest w sejfie margrabiego. Najwidoczniej morderca je zabrał. Jednak... To nie mógł być nikt obcy. Ten ktoś musiał znać szyfr, albo margrabia sam dał mu diamenty. Inna możliwość nie istnieje.

Dopiero podczas śniadania o morderstwie dowiedziały się kuzynka hrabiny i babka margrabiego. Mogło to zagrażać życiu starszej pani, gdyż miała słabe serce, jednak nie można było tej informacji ukryć. Lubiła ona czytywać gazety, a tam pojawiły się już pierwsze wzmianki o tym wydarzeniu. Jej drugi wnuk usiłował jej to przekazać w jak najbardziej delikatny sposób, jednak mimo to nie obyło się bez sporego szoku.
To głupia gęś Hester narobiła takiego krzyku, że to ją trzeba było uspokajać. Wszystkie damy do towarzystwa są takie same. Gapowate i nierozgarnięte stare panny.
Nigdy nie lubiłam sprzątać pokoju panicza Rudolfa. Jak zwykle wszędzie były porozrzucane ubrania i książki. Pościel leżała na podłodze, a gruby dywan był ubrudzony błotem. Na kredensie stała butelka po winie. On nie szanował ani swojej pracy ani czyjejś. Miał humory jak mały chłopiec, dlatego mimo jego dwudziestu trzech lat margrabia nawet w najmniejszym stopniu nie wprowadził go do interesów. Poza tym to ignorant i utracjusz.

Panicz Maximilian to, co innego. Spokojny, rozważny. To dopiero osiemnastolatek, ale za to nad wyraz inteligentny, oczytany i doskonale zorientowany w polityce. Jego ubrania są zawsze starannie złożone, sam ścieli swoje łóżko, a większość czasu spędza przy biurku wytrwale się ucząc. To stare dębowe biurko należało jeszcze do pradziadka margrabiego. Jest niezwykle potężne i ma mnóstwo ukrytych schowków.
Sypialna hrabiny wygląda jak prawdziwy raj. Ogromne łoże z purpurowym baldachimem, jedwabna pościel, włoskie meble, grube dywany, mnóstwo bibelotów. To było jedyne pomieszczenie urządzone w ten sposób, z klimatem i gustem. Wszystko zostało sprowadzone za zamówienie. Reszta umeblowania we dworze była dziełem kilku pokoleń Hintenhofenów, mieszały się tu różne style, różne tradycje.
Potem zajęłam się sprzątaniem gabinetu. Starałam się pobieżnie przeglądać znajdujące się tam dokumenty. Większość z nich była dla mnie całkowicie niezrozumiała, poza tym pojawiła się hrabina.
- Sama się tym zajmę, a tobie radzę nie wsadzać nosa w nie swoje sprawy – brzmiało to jak groźba.
- Dobrze, tylko wymiotę popiół z kominka – odpowiedziałam obojętnie.

Wyszłam z gabinetu zastanawiając się, czy nadpalone skrawki papieru leżące w kominku mają jakiś znaczenie. Usunęłam je razem z popiołem i niedopałkami drewna. Hilda wyszła do ogrodu, więc mogłam spokojnie zapoznać się z ich zawartością. Niestety kilku brakowało. ... teraz wszystko jasne ... musisz mi przekazać ... wiesz, ze nie jestem ... należy mi się ... nie będę czekać ... Jejku, nie dość, że brakuje części tego listu, to jeszcze pismo jest tak nieczytelne, że z trudem można to odczytać. Kto takimi bazgrołami usiłował szantażować margrabiego?! Nie wiadomo nawet, czy to kobieta, czy mężczyzna.

Co mam teraz zrobić? Hrabina na pewno coś ukrywa, prawdopodobnie ma tez romans z Hermannem. Dodatkowo ktoś szantażował margrabiego no i ktoś ukradł diamenty. Sprawa się komplikuje zwłaszcza, że inspektor został poinformowany, ze to prawdopodobnie jakiś złodziej lub przypadkowy bandyta jest winien morderstwa. Ewentualnie wróg margrabiego przybyły z Afryki. Poza tym nie wie on o kradzieży. Nie przeszukał też dworu, więc nie miał możliwości, żeby zaleźć narzędzie zbrodni. Czy ktoś się tu w ogóle przejmuje tą zbrodnią!?
Zastanawiałam się nad tym wszystkim podczas obiadu. Kto z siedzących przy stole miał mordercze skłonności? Najbardziej pasował mi pan Hermann. Dla hrabiny na pewno był gotów to zrobić. Dla pieniędzy zresztą tez. Przejęcie interesów w Afryce przyniosłoby mu ogromne zyski. Pozwoliłoby mu to na spełnienie swoich marzeń podróżniczych. Śmierć brata to dla niego przepustka do pieniędzy i tytułu. Poza tym jest on wystarczająco pewny siebie i zdecydowany w swych działaniach, ale brakuje mu wyrachowania.
A synowie margrabiego? Rudolfowi zabrakłoby zimnej krwi, to dzieciak, który mógłby posunąć się do zastraszenia, ale nie do morderstwa. Z kolei Maximilian to człowiek z zasadami, który nigdy nie zhańbiłby się takim czynem. Jego bronią jest umysł, nie rewolwer.
Hrabina? Jest niezwykle spokojna. Uśmiecha się, próbuje zabawiać swoją kuzynkę, która widocznie jest jeszcze w szoku. Gra ona rolę doskonałej pani domu. Jednak to, co słyszałam w nocy jednoznacznie mówi, że ona coś ukrywa.

Podwieczorek każdy jadł osobno. Panowie byli w bibliotece, starsza pani ze swoją damą do towarzystwa u siebie, hrabina z kuzynką w altanie.
Resztki z obiadu zaniosłam Rexowi, jednak zachowywał się on jakoś dziwnie. Wyraźnie miał ochotę na spacer. Pomyślałam, że to może trochę nieodpowiednia chwila, ale poszłam za nim. Co chwila się zatrzymywał i sprawdzał, czy dotrzymuję mu kroku. Kiedy wyszliśmy poza teren dworu zaczęłam się zastanawiać, o co mu chodzi.

Wreszcie dotarliśmy na skraj lasu. Tam Rex zatrzymał się. Przez chwilę stał nieruchomo, aż w końcu podszedł do jednego z drzew i zaczął szczekać. Posłuchałam go. Zauważyłam, że w starym dębie jest dość duża szczelina. Zajrzałam tam. Wydawało mi się, ze widzę jakiś czarny kształt, jednak nie bardzo miałam ochotę ryzykować. Może to jakiś nieprzyjazne zwierzątko?
Kiedy jednak upewniłam się, że kształt nie reaguje hałas robiony przez Rexa, postanowiłam go wyciągnąć. Po kilku minutach nadal stała w tej samej pozycji wpatrując się w przedmiot ostrożnie trzymany w rękach. To był rewolwer.

Rex zadowolony ze zdobyczy usiadł i czekał na pochwałę. Musiał widzieć, jak ktoś to tutaj ukrył i uznał to za zabawę. Kiedy nie zwracając na niego uwagi skierowałam swoje kroki do dworu, widocznie się obraził, bo pobiegł przodem nawet się mnie nie oglądając. Zawiodłam jego psie zaufanie.
Byłam pewna, ze podobny, jeżeli nie taki sam, rewolwer widziałam dzisiaj rano w pokoju panicza Rudolfa. Jednak skoro go widziałam, to znaczy, ze on tam nadal jest, a ten należy do kogoś innego. Jedyną osobą, która przyszła mi na myśl był pan Hermann.
Włożyłam rewolwer do kieszeni fartuszka. Była trochę za mała, ale nie miałam lepszego schowka. Udało mi się przemknąć niezauważenie do mojego pokoju. Niedawno odeszła jedna z pokojówek i jak na razie zajmowałam go sama. Pozostało mi tylko dobrze ukryć rewolwer razem ze skrawkami znalezionego listu.

We dworze, jak to zwykle późnym popołudniem panowała cisza i spokój. Panicz Rudolf pojechał do miasta, pan Hermann udał się na przejażdżkę konną, starsza pani śpi, hrabina wyszła na spacer.
Zaczęłam się zastanawiać, czy się przypadkiem nie zagalopowałam z tym wyjaśnieniem morderstwa. Gdzie w tym jest mój interes? Ukrywałam dowody rzeczowe, jednak czy kogoś to interesowało? Kto zechce mnie wysłuchać!? Hrabina sama coś ukrywa, może nawet winnego. Inspektor machnie ręką na to, co mam do powiedzenia. Wróg z kolonii to przecież wystarczające wyjaśnienie.

Te myśli przez cały czas nie dawały mi spokoju. Kładąc się spać, zastanawiałam się, czy czas pozwoli wyjaśnić te wszystkie wątpliwości. Odpowiedź przyszła szybciej niż się spodziewałam.
W środku nocy obudziły mnie jakieś szumy i szelesty. Początkowo myślałam, że to sen, jednak kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zorientowałam się, że po moim pokoju porusza się jakiś ciemny kształt. Przez chwilę zastanawiałam się, co mam w takiej sytuacji zrobić. Nie miałam wątpliwości, że to morderca, który szuka dowodów swojej winy. Gdybym tylko mogła zobaczyć kto to taki...
W pewnym momencie poderwałam się spod pierzyny. Jednym susem znalazłam się obok niego, jednak on nie dał się zaskoczyć. Błyskawicznie odwrócił się w moim kierunku i zacisną mi ręce na szyi. Przez chwilę się z nim siłowałam, ale przecież nie miałam szans z mężczyzną. Zaczęło mi brakować powietrza. W końcu niewiele myśląc uderzyłam go z całej siły w twarz. Raz potem drugi. Kiedy uścisk zelżał, kopnęłam go jeszcze między nogi. Jękną tylko i puścił moją szyję. Chciałam jak najszybciej zaświecić lampę jednak on zdążył wybiec i zniknąć w ciemności.

To wszystko musiał się obrócić przeciwko niemu, wiec narobiłam takiego rabanu, że aż dwór zatrząsł się w posadach. Czerwone ślady wokół mojej szyi świadczyły o tym, ze sobie tego wszystkiego nie wymyśliłam. Poza tym na mojej ręce zostały ślady krwi. Musiałam uderzyć tak nieszczęśliwie, ze rozbiłam mu nos. Dzięki temu nie powinno być żadnej trudności z rozpoznaniem dusiciela.
Hrabina nie mogła zlekceważyć tego wydarzenia. Zapowiedziała, że po śniadaniu wezwie inspektora. Zabroniła mi też pokazywać się komukolwiek na oczy, dopóki nie znikną mi sińce.
Przez resztę nocy nie mogłam zasnąć. Bałam się, ale też byłam podekscytowana tym, co miało się wydarzyć następnego poranka. Nie miałam pojęcia, jak cała sprawa się rozegra. Czy hrabina znowu zainterweniuje i nie pozwoli, żeby padły jakieś niewygodne dla niej słowa?

Najbardziej przerażała mnie myśl, ze morderca spróbuje jeszcze raz. Przecież nie osiągnął tego, co chciał. Dowody jego zbrodni nadal mam ja i nadal żyję. Postanowiłam przez cała noc czuwać. Zostawiłam zaświeconą lampę i starałam się nie zasnąć. Skończyło się na tym, że rano Hilda musiała mnie prawie siłą ściągać z łóżka, bo ledwo trzymałam się na nogach z niewyspania.
Szybko jednak odzyskałam entuzjazm i werwę. Do śniadania miała podawać Anna, więc od razu zajęłam się sprzątaniem. Panicza Rudolfa nie było u siebie, pana Hermanna też. W obu pokojach stały walizki. Czyżby obaj się gdzieś wybierali?! To wszystko zaczynało być co najmniej dziwne.
Już miałam wejść do sypialni hrabiny, kiedy usłyszałam dochodzące stamtąd głosy.
- Nie wyjedziesz. Przemyślałam to. Wszystko zaszło już za daleko – mówiła ostrym i pewnym głosem.
- Nie możesz mi tego zrobić! Słyszysz! – odezwał się jakiś mężczyzna.
- Nie będzie w moim domu podnosił na mnie głosu – hrabina był opanowana i wyraźnie wiedziała, co ma z tym wszystkim zrobić.
- Teraz już w twoim? To mi się już nic nie należy?
- Obawiam się, ze nie.
- To, że on nie był moim ojcem nie oznacza, że ty nie jesteś mój matką! – teraz byłam pewno, że ten głos należy do panicza Rudolfa. – Chociaż teraz już i tak wszystko jasne. Ten stary zgred czekał aż Max dorośnie i nawet nie pomyślał, żeby część interesów przekazać mnie. A dlaczego?! A dlatego, że nie byłem jego synem i mi się nie należało!
- Przestań! W tej chwili wyjdź.

Czym prędzej znikłam za najbliższymi drzwiami. Nie miałam najmniejszej ochoty na spotkanie z mordercą. Byłam pewna, że na jego twarzy zobaczę skutki nocnych wydarzeń.
Zanim przyjechał inspektor zdążyłam to wszystko przemyśleć. Przypomniała mi się też pewna rozmowa telefoniczne, której zupełnie przez przypadek byłam świadkiem. Zanosiłam wtedy margrabiemu podwieczorek do biblioteki. Był bardzo zdenerwowany, słyszałam jak mówił „Nie będziesz mnie do niczego zmuszał. Wydziedziczę, cię jeśli nie przestaniesz się tak zachowywać.” Jego rozmówca najwidoczniej nic sobie s tego nie robił.
Wtedy myślałam, ze chodzi o panicza Rudolfa i jego kolejny wyskok, być może jakiś niestosowne małżeństwo. Często mu się zdarzały takie niezbyt chwalebne sytuacje. Hazard, bójki, długi, kobiety...
Najwidoczniej dowiedział się, ze nie jest synem margrabiego. Tylko kto mógł być w posiadaniu takiej wiedzy poza hrabiną? Przecież o tym nikt nie wiedział, nikt nawet nie podejrzewał takiego czegoś! Nawet teraz, po tym, co usłyszałam, wydaje mi się to nieprawdopodobne.
Jeżeli już panicz Rudolf o wszystkim się dowiedział to postanowił szantażować ojca i w ten sposób sięgnąć po pieniądze. Jednak nie przyniosło mu to oczekiwanych rezultatów. Zawisła nad nim groźba wydziedziczenia, wiec postanowił się jakoś zabezpieczyć. Prawdopodobnie ukradł diamenty, co margrabia zauważył i w wynika awantury doszło do morderstwa.

To brzmi nawet logicznie. Jednak czy ktoś w to uwierzy?
Inspektor wysłuchał tego, co miałam do powiedzenia. Zabrał dowody, które udało mi się zgromadzić. Zarządził przeszukanie pokoju panicza Rudolfa, aczkolwiek sam jego wygląd w zestawieniu z moimi słowami pozwolił mu już na wyciągniecie wniosków.
Przesłuchanie hrabiny przyniosło ostateczne potwierdzenie wszystkiego. Początkowo trzymała się ona wersji, jakoby margrabiego zamordował ktoś z kolonii, jednak kiedy inspektor zaczął zadawać jej pytania wprost, nie miała już wyjścia i powiedziała prawdę.
Okazało się, że to ona ukryła rewolwer i że robiła wszystko, żeby chronić syna. Kiedy jednak doszło do kolejnej próby morderstwa zrozumiała, że nie może go dłużej ukrywać. Tym bardziej, że zaczął grozić i jej.
Nie miała pojęcia, kto poinformował go, ze nie jest synem margrabiego. Zresztą wbrew oczekiwaniom panicza Rudolfa, jej mąż o niczym nie wiedział.

- Widzi pan inspektorze, to jest zupełnie niezwiązane ze sprawą, ale skoro pan nalega – zaczęła hrabina, odpowiadając na ostatnie pytanie. – Mieliśmy córkę. To było nasze pierwsze dziecko. Kiedy miała dwa latka poważnie zachorowała. Mąż pojechał po doktora, jednak po drodze wstąpił do karczmy i się upił. Lucy umarła, zanim wrócił. W chwili śmierci szukał widocznie przebaczenia.
Była to prawda, jednak nie cała. Margrabia nazwał imieniem córki parowiec należący zresztą do jego prywatnej linii żeglugowej. To nim podróżował zawsze w głąb Afryki do swoich kopalń. Prawdopodobnie używał go tez do przewozu diamentów. Nie wszystkie kamienie przywoził jednak na kontynent. Nikt nie wiedział, co się działo z pozostałą częścią. Teraz już było wiadomo, ze albo ukrywał je na parowcu, ale też zostawił tam istotną wskazówkę, co do miejsca, gdzie się one znajdują.

_________________
"Słabi śnią nocami, a odważni w dzień"


pt paź 17, 2008 9:36 am
Wyświetl profil WWW
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Odpowiedz w temacie   [ Posty: 7 ] 

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Yahoo [Bot] i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Przejdź do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group.
Designed by STSoftware for PTF. sem pozycjonowanie stron seo phpbb3 styles