Posty bez odpowiedzi | Aktywne tematy Dzisiaj jest pn lip 24, 2017 1:55 am



Odpowiedz w temacie  [ Posty: 3 ] 
 Moje pierwsze opowiadanie... 
Autor Wiadomość
Post Moje pierwsze opowiadanie...
Ślicznotka

Nie wiem, czemu mnie to spotkało…
Całe życie się starałam być miła, uczynna, ale i tak nikt mnie nie lubi…
Dłużej tego nie zniosę…
Już nie mogę patrzeć w lustro. Ale patrzę. Muszę wiedzieć, co takiego jest w mojej twarzy… Co takiego na niej widać, że jest powodem mojego nieszczęscia.
Więc patrzę. Co widzę? Nic nadzwyczajnego. Blond włosy, zielone oczy, szczupły nos, łagodny owal twarzy… Twarz, którą normalnie określa się jako „śliczną”.
Tylko moja mama mnie kocha. Powiedzcie mi, jak można kochać dziecko, przez które znosi się tylko upokorzenia? Nie wiem, ale ja też ją bardzo kocham.
Poza nią wszyscy mnie nienawidzą…
Dlaczego?
Przyczynę widać już na najstarszych zdjęciach, tych na których mam 4-5 lat.
Jestem, jak już napisałam „śliczna”. Od najmłodszych lat. A moi rodzice nie należą do szczególnie pięknych. Mam troje starszego rodzeństwa i oni też są całkiem przeciętni. Tylko ja się wyrodziłam. I szczerze tego żałuję…
Mieszkam na wsi, dość daleko od „cywilizacji” i gdy tylko skończyłam trzy lata i orzeczono, że będę piękną dziewczyną, pojawiły się plotki. No bo skoro mama jest brzydka i ojciec nie za piękny, i rodzeństwo też nie, to po kim ja taka ładna niby?
Ojciec stwierdził stanowczo, że na pewno nie po nim. Dla niego nie jestem jego córką, jestem bękartem z nieprawego łoża. Za jego przykładem poszły siostry i brat. Za nimi dzieci z podwórka.
Oczywiście mamie też się dostało. Na zawsze w swej rodzinnej wsi została „latawicą”, tą która zdradziła swego męża i jeszcze śmiała urodzić dziecko będące owocem grzechu.
Cały czas zastanawiam się, dlaczego ona mnie tak kocha. Nieraz, gdy ojciec mnie bił, a bił często, zasłaniała mnie sobą. Tłumaczyła mi też, gdy podrosłam, że jeśli nie będę się uczyć, jeśli nie pokażę światu od razu, że jestem inteligentna, na zawsze będę taką sobie ładną Dziunią, która tylko ładnie wygląda, ale do niczego poza ozdobą się nie nadaje.
Więc się starałam.
Bardzo.
W podstawówce każdą klasę kończyłam z czerwonym paskiem.
Pomagałam w domu, chciałam wynagrodzić mamie to, co musiała przeze mnie znosić. Myślałam też, że ojciec wybaczy mi to, że nie wyglądam na jego dziecko.
Myliłam się.

Z biegiem czasu było coraz gorzej. Gdy podrosłam i dostałam kształtów, do zarzutów doszedł jeszcze jeden. Bo jako ładna dziewczyna i „córka latawicy”, sama musiałam być latawicą. Nie ma innego wyjścia.

Starsze kobiety nie odpowiadały na moje „dzień dobry”. Nikt nie chciał się ze mną przyjaźnić. To znaczy żadna dziewczyna. Chłopaki owszem, i to tuzinami. Zaczepia mnie taki na ulicy i niby zaczyna rozmowę, i nagle jego ręka jest na mojej pupie. Kilku strzeliłam w twarz i dostałam kolejną łatkę-„obłudnica”. Bo z taką twarzą i figurą i jeszcze z genami po matce muszę się puszczać, a jak publicznie biję chłopaków po twarzy, to udaję, że się nie puszczam. Więc jestem obłudna.
Koło mojej wsi jest tylko jedno miasteczko, a tam tylko jedno liceum, do którego chodzą dzieciaki z całej naszej wsi. Więc nie mogłam liczyć na to, że tam sytuacja się poprawi. Ale byłam na tyle naiwna, że myślałam, że się nie pogorszy.
Nie będę opisywać wszystkiego, tylko przykłady: gwizdy na korytarzu, samotna ławka na końcu klasy, poszturchiwania, docinki.
W czwartej klasie jedna dziewczyna z równoległej doszła do wniosku, że odbiłam jej chłopaka, i to z czystej złośliwości, skoro teraz z nim nie chodzę… Kiedyś z koleżankami dopadła mnie na boisku i obcięła włosy, prawie na łyso… Ponad miesiąc nie wychodziłam potem z domu.
Ale nie mogłam się przenieść, do innego liceum miałabym za daleko.

Maturę, ku zaskoczeniu całej wsi, zdałam z wyróżnieniem. Muszę mówić, do jakiego wniosku doszli?
Studiować chciałam oczywiście w Warszawie. Stolica, wielki świat, anonimowość i te rzeczy. A przede wszystkim cywilizacja. Brak przesądów. No i tam nikt mnie nie znał. A poza tym za wybitne wyniki dostałam stypendium, wystarczało na akademik i jedzenie. Dorabiałam sobie jeszcze korepetycjami, ulotkami i czym tylko mogłam. Ale niedługo to trwało.
Nie pamiętam już jaki to był kierunek. To bez znaczenia. I tak odpadłam na pierwszym roku.
Na dziedzińcu zauważył mnie dziekan. Na oko po czterdziestce, ale niewiele. Nawet niczego sobie. Ja stałam wtedy w grupce przyjaciół (nareszcie miałam przyjaciół!!!), śmiałam się, miałam lekki rumieniec, oczy mi błyszczały… Jeden z kolegów zrobił mi wtedy zdjęcie, wyszłam naprawdę fajnie…

Kilka godzin później zostałam wezwana do gabinetu dziekana. Cały czas był bardzo grzeczny, słodki jak chałwa sezamowa. Złożył mi propozycję ułatwienia studiów i życia w stolicy w zamian za „przysługę”. Gdy odmówiłam, powiedział, żebym się zastanowiła, bo mogę żałować. Że drugi raz nie spyta. Odwróciłam się i wyszłam.

Nie żałuję, mimo że bardzo się starał. Zostałam wydalona z uczelni za „postawę niegodną studentki”.

Znalazłam pracę. Sekretarka od parzenia kawy, bo z taką twarzą to się tylko na bibelot nadaję… O, przepraszam, nie tylko. Także do obmacywania. Gdy pierwszy raz szef wyciągnął do mnie łapy, odsunęłam się, ale burknął wtedy „Chcesz mieć pracę, to bądź grzeczna.”. A ja…

Straciłam stypendium, pokój w akademiku, miałam już długi… Zostałabym bez środków do życia, bez dachu nad głową, bo mieszkanie wynajmowałam. Wiem, byłam głupia. Trzeba było iść na policję, do sądu… Ale ja bałam się stracić pracę. Uległam mu. Na początku nie posuwał się zbyt daleko, ale z czasem…

Któregoś wieczoru zadzwonił do drzwi mojego mieszkania. Miał na ustach paskudny uśmiech. Był pijany. Szarpałam się, ale był silniejszy. Gdy zaczęłam krzyczeć złapał mnie za włosy i wepchnął twarz w poduszkę. I powiedział, że jak nie będę cicho, to mnie udusi. Nic nie mogłam zrobić. Nic.

Odwiedza mnie często. Całe biuro myśli, że mamy romans. Okazało się, że nie tylko biuro. Jego żona też. Przyjechała dzisiaj i zrobiła mi piekło na klatce. Akurat wracałam z pracy. Zaczęła mnie szarpać, krzyczeć „Ty zdziro, chcesz mi zabrać męża!” i inne takie. Z trudem się wyrwałam i uciekłam do mieszkania… Już nie mogę…

Czasami myślę, że to takie proste… W kuchni są noże…Kilka kresek i będę wyglądać bardziej „ludzko”. Może ktoś się wtedy nade mną pochyli ze współczuciem? Może już żaden facet na mnie nie spojrzy? Może stracę opinię ładnej, głupiej zdziry? Ciekawe, czy to bardzo boli, bardziej niż to co muszę znosić…


czw sty 29, 2009 7:52 pm
Post 
Co uważacie? Jak to się Waszym zdaniem prezentuje?


czw sty 29, 2009 7:53 pm
Post Re: Moje pierwsze opowiadanie...
Smutne, depresyjne, ale czyta się lekko.


pn sie 29, 2011 11:51 am
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Odpowiedz w temacie   [ Posty: 3 ] 

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group.
Designed by STSoftware for PTF. sem pozycjonowanie stron seo phpbb3 styles